PLUS

Baner

INDIE - dzienniki z podróży

INDIE - dzienniki z podróży

Zgodnie z planem, punktualnie o godzinie 19:35 startujemy z lotniska O’Hare. Nasza grupka zapalonych podróżników udaje się tym razem do Indii.

Dystans 12,034 kilometrów pomiędzy Chicago a New Delhi mamy pokonać w ciągu trwającego 14 godzin rejsu ponad Kanadą, Atlantykiem, Europą i Bliskim Wschodem, a sama wizja trasy już przyprawia o dreszczyk emocji! Na pokładzie nowoczesnego Boeinga 777 pojawił się dzisiaj komplet pasażerów; mniej więcej połowa Hindusów, połowa turystów. 

   Lot przebiega wyjątkowo spokojnie, bez turbulencji, z jedynym zaskoczeniem polegającym na serwowaniu śniadania. Omlet w stylu Denver podano co prawda o 7 rano, ale... według miejscowego czasu była to tak naprawdę godzina 7 wieczorem.  W dodatku następnego dnia!  

   Jeszcze tylko 2 godziny lotu i lądujemy na międzynarodowym lotnisku im. Indiry Gandhi w New Delhi, gdzie oczekuje nas miejscowy kontrahent. Kopuły Meczetu Perłowego w Agrze

Jest to moje bodajże osiemnaste lądowanie w Wielkim Kraju Mahabharat, czyli po prostu w Indii. Jeszcze podczas studiów w Krakowie, w lipcu 1977 roku wybrałem się po raz pierwszy do tego fascynującego kraju jako uczestnik 6-tygodniowej almaturowskiej wycieczki.  Od tamtego czasu miałem okazję zwiedzić cały Dekan od Kerali i Tamil Nadu po Bombaj i Kalkutę, całą Dolinę Gangesu plus Kaszmir, Ladakh i pustynie Radżastanu. Podczas letnich wakacji prowadziłem dla Almaturu grupy studentów w czasie zimy.

Kiedy śnieg zasypywał Karpaty nie miałem zbyt wiele pracy jako geolog terenowy, brałem wtedy bezpłatny 2-miesięczny urlop, do tego przysługujące 6 tygodni wolnego (pracownika naukowego) i... znikałem w Indiach. Były to czasy, kiedy za złotówki, a raczej za ruble, można było stosunkowo tanio dolecieć Aerofłotem do Azji. Były to czasy, kiedy sprzedając na miejscu dwa aparaty marki Zenit, suszarkę do włosów i dwie butelki whisky Johny Walker można było tygodniami podróżować po Indiach pociągami, mieszkając w skromniutkich hotelikach i fundując sobie zupełnie smaczne a tanie posiłki, przeważnie ryż z warzywami. Pod koniec pobytu wystarczyło zakupić na delhijskim targowisku Janpath pół torby modnych ciuchów (zazwyczaj suknie, bananówy itp...) i kilka kilogramów biżuterii, aby sprzedając je bez trudu w Polsce, mieć znowu kasę na kolejne wojaże. Tak prosta była tajemnica ówczesnych indyjskich wypraw. Uśmiechnięte oblicze Sziwy

   Zmieniły się czasy, zmieniły się wymagania. Fakt niegdyś nie do pomyślenia: przylecieliśmy z USA, non-stop, amerykańskim boeingiem! Nasz styl podróżowania też będzie odbiegał od niezapomnianych studenckich wrażeń. Liczymy na solidną obsługę miejscowych kontrahentów, porządne hotele, pyszne posiłki i oczywiście ogrom egzotycznych atrakcji z Tadż Mahalem i pałacami maharadżów na czele. Panorama Old Delhi z wieżyczki minaretu

   Póki co, jesteśmy jeszcze na lotnisku, odbieramy bagaż, po wyjściu z hali przylotowej wita nas miejscowy przewodnik i zawozi autokarem do hotelu w centrum New Delhi. Około północy kładziemy się w łóżkach na zasłużony odpoczynek.

STARE DELHI

   Wcześnie rano spotykamy się w hotelowej restauracji zlokalizowanej na dachu budynku. Jest rześko i przyjemnie, temperatura wynosi zaledwie 14 stopni Celsjusza. Wita nas bajeczny wschód słońca i śniadaniowe potrawy do których smaku będziemy musieli się przyzwyczaić przez następny tydzień. 

   Dzisiaj w programie mamy kilka godzin na zwiedzanie zabytków stolicy Indii i popołudniowy przejazd na nocleg do oddalonej o 200 km Agry. Wkładamy więc bagaże do autobusiku i jedziemy do jednej z najsłynniejszych - a na pewno najbardziej malowniczych -świątyń Delhi: Laxmi Narayan Mandir. Po zaledwie 20 minutach jazdy docieramy do ciekawej budowli, ufundowanej na początku XX wieku przez indyjskiego milionera G. D. Birla. Przybytek ten poświęcony jest nie tylko Lakszmi, ale i wszystkim innym ważniejszym postaciom z przebogatego panteonu hinduistycznych bóstw.Wizerunek Ganesza

   Ponad świątynnym kompleksem górują trzy kasztanowe wieże sikhary, typowe dla budownictwa północnych Indii. Wchodząc po marmurowych schodach podziwiamy kunsztowne rzeźby bóstw w kapliczkach, które swoją egzotyką przyprawiają o zawrót głowy. Oto słoniogłowy Ganesz, syn Sziwy i Parwati, bóg rodzinnego szczęścia i powodzenia w biznesie, oto Hanuman, bóg-małpa, oto krwiożercza bogini Kali z krwawiącymi, odciętymi głowami złych ludzi, oto Kriszna...Jedna z bram do meczetu

W centralnej części świątyni, w pozycji ołtarza widnieje oczywiście podobizna świętej pary; bogini Lakszmi i jej męża - Wisznu. Na ścianach usytuowano religijne malowidła z prastarych hinduskich ksiąg Ramajany i Mahabharaty. Z głośników dochodzą ciche, narkotyczne dźwięki modlitwy. Co nas zaskakuje, to wszechobecność swastyki, od tysiącleci symbolu aryjskiej czystości. Świątynia ta jako jedna z pierwszych w Indii zniosła kastowość pośród przybywających wiernych, być może dlatego na inauguracyjnej mszy w 1938 roku był obecny sam Mahatma Gandhi.

 Święta zgłoska OM

   Podczas pobytu w świątyni, obok naszego autobusu zebrała się w międzyczasie grupka dość natrętnych ulicznych sprzedawców. Przekrzykując się nawzajem oferują nam biżuterię, plany miasta, widokówki, rzeźby z kamienia i drewna sandałowego itp, itd... Najciekawszym z  tych swoistych biznesmenów jest chyba zaklinacz węży. Z jego koszyka, na dźwięk magicznego fletu podnoszą głowy śmiercionośne kobry i kołysząc się w takt muzyki rozkładają swój charakterystyczny kaptur. Widok zaiste przyprawiający o ciarki na grzbiecie!

DELHI, zwiedzania ciąg dalszy 

  Jedziemy dalej. Czeka nas wizyta w największym meczecie na terenie Indii, Jama Masjid. Dżami Masdżid, czyli meczet piątkowy, jest największym meczetem w Indiach (jeszcze większy znajduje się w Lahore, w sąsiednim Pakistanie). Ta wspaniała budowla została wzniesiona za milion ówczesnych rupii przez 5 tysięcy robotników w latach 1650-1656 z rozkazu cesarza Szachdżahana, piątego z kolei z potężnej dynastii Wielkich Mogołów. W swojej architektonicznej formie obiekt wyzbyty jest jakichkolwiek wpływów sztuki hinduskiej, zbliżając się do pierwowzorów perskich. Schody do trzech bram wiodą na ogromny dziedziniec zdolny podczas piątkowych modlitw pomieścić 20 tysięcy wiernych. Na środku placu umieszczono zbiornik z wodą do rytualnych ablucji, a od zachodu do dziedzińca przylega hol modlitewny kryty trzema kopułami z czarnego i białego marmuru. Imponujący meczet ozdobiony jest dodatkowo czterema minaretami. Mauzoleum cesarza Humajuna

   Spacer po dziedzińcu przywołuje myśli o czasach, kiedy islam karmił jeszcze świat śmiałymi, architektonicznymi formami, kiedy przodował również w matematyce i astronomii. I cóż się stało? Od setek już lat ta religia funduje sobie i reszcie świata kulturową stagnację, nie mówiąc o krwawych terrorystycznych wybrykach fundamentalistów. Jesteśmy jednak na wakacjach i staramy się odrzucić polityczne myśli na daleki plan.

  Z głównego placu można za drobną opłatą podejść po 171 stopniach na szczyt jednego z czterech minaretów górujących nad meczetem. Warto zdobyć się na ten wysiłek, gdyż panorama starego miasta (Old Delhi) jest tego naprawdę warta. Wokół nas rozpościera się widok na zabytkowy Czerwony Fort Lal Kila, usadowiony wzdłuż brzegów rzeki Dżamna. Jest to doskonale zachowany, jeden z największych fortów na terenie Indii zbudowany z czerwonego piaskowca (stąd nazwa) również przez wspomnianego już cesarza Szahdżahana w latach 1639-1648. Pierwowzór tego fortu, jeszcze starszy i ciekawszy, znajduje się w Agrze (gdzie niedługo będziemy), dlatego tym razem darujemy sobie wejście do delhijskiego Lal Kila.Minaret Kutb

   Z wysokości szczytowej wieżyczki minaretu oglądamy uliczne scenki Starego Miasta, kipiące życiem, koszmarnie zatłoczone - to najstarsza część indyjskiej stolicy. Na obszarze stolicy, poza Meczetem Piątkowym, znajduje się wiele wspaniałych dzieł architektury pozostawionych przez Wielkich Mogołów. Założyciel dynastii, Szach Babur, pozostawił po sobie zaledwie skromny pomnik w Kabulu, ale już jego następca, cesarz Humajun uwiecznił swoje panowanie wspaniałym mauzoleum w Delhi. Działalność wielkiego budowniczego Akbara (syna Humajuna) związana jest przede wszystkim z Agrą i z miastem Fatehpur Sikri, ale jego z kolei dziedzic - Dżahangir - raczej nie dorównał przodkom w krzewieniu kultury i sztuki, pomimo, że ukończył grobowiec ojca w Sikandrze.

Za to jego z kolei syn,Szachdżahan, kojarzony jest przede wszystkim z Siódmym Cudem Świata - Tadż Mahalem i wzmiankowanymi już potężnymi budowlami w Delhi. Ostatni wielki z dynastii Wielkich Mogołów - cesarz Aurangzeb - wzniósł u schyłku życia dla potrzeb prywatnej modlitwy uroczy Meczet Perłowy w obrębie delhijskiego Czerwonego Fortu. Uważająca się za spadkobierców Timura dynastia Mogołów panowała do 1858 roku, jednakże późniejsi władcy nie pozostawili po sobie żadnych znaczących w skali światowej dzieł. Dla Mogołów dziełami sztuki o największym znaczeniu były ogrody, jednak dla współczesnych, właśnie budowle znaczą ich największe osiągnięcia.

   Spośród stołecznych klejnotów architektury ujrzymy - dzisiaj jeszcze - mauzoleum cesarza Humajuna oraz Kuwwat al-Islam. Monumentalny meczet Kuwwat al-Islam zaczęto budować w Delhi w 1193 roku, wkrótce po zdobyciu miasta przez wyznawców Mahometa. Muzułmanie zniszczyli 27 hinduistycznych i dżinijskich świątyń, aby pozyskać budulec na dzieło obwieszczające zwycięstwo (kuwwat) islamu (al islam). Fundatorem meczetu był Kutb-ud Din Ajbak, założyciel i pierwszy władca delhijskiego sułtanatu.Ozdobna brama

   Na terenie meczetu wznosi się wielka, imponująca wieżyca wysokiego na 73 metry minaretu Qutb Minaar. Jego budowę rozpoczęto co prawda w 1199 roku, ale podwyższano jeszcze dwukrotnie, w 1368 i 1503 roku. Jest to nie tylko najstarszy ale i – z racji bogato zdobionych ścian - najciekawszy obecnie minaret na terenie Indii. Sylwetkę minaretu urozmaicają wysunięte „balkoniki”, dekoracja ścian zaś to przede wszystkim kaligraficzne teksty ze świętej księgi Koranu. Wokoło wieży stoją jeszcze resztki murów, z jedyną zachowaną do dzisiaj bramą. Kiedy odwrócimy na chwilę uwagę od ruin i skierujemy wzrok ku niebu, ujrzymy stada sępów, czasami orła i krzykliwe pary kolorowych papużek. 

   Na terenie meczetu znajduje się również technologiczna ciekawostka: żelazna kolumna ufundowana przez hinduskiego króla Czandrę na cześć boga Wisznu. Ten fascynujący słup liczy sobie co najmniej 1700 lat i - nie licząc okolicy drobnego pęknięcia po zachodniej stronie - nie rdzewieje pomimo brutalnej pory deszczowej! Wspaniały przykład pradawnej hinduskiej metalurgii!

   Kontynuujemy zwiedzanie przemieszczając się w kierunku centrum miasta. Naszym celem jest grobowiec Humajuna - drugiego z cesarzy dynastii Wielkich Mogołów. Ta potężna budowla jest typowym przykładem muzułmańskiej sztuki Indii, ale... w jej bryle można dostrzec wpływy perskie. Całość została wzniesiona w 1566 roku z czerwonego piaskowca i białego marmuru przez perskiego architekta Mirak Mirza Ghiyas na zlecenie wdowy po cesarzu - Hadżdżi Begam. Nad mauzoleum o arkadowych, wzniesionych na cokole ścianach dominuje marmurowa kopuła sięgająca 42 metrów wysokości. W budowli pochowane są także żony cesarza, jeden z jego synów i nadworny fryzjer! Grobowiec Humajuna zasługuje na szczególną uwagę ze względu na fakt, że jego forma posłużyła architektowi Szachdżahana (wnuka Humajuna) jako inspiracja do budowy słynnego Tadż Mahalu!  Delhi za oknem

Opuszczamy Delhi 

   Na dzisiaj wystarczy estetycznych wrażeń. Dochodzi godzina 1 po południu. lecz czeka nas jeszcze pięciogodzinna jazda do Agry, a kierowanie autokarem po zmierzchu nie należy na tutejszych drogach do przyjemności. Okrążamy jeszcze dwukrotnie słynną Bramę Indii (pomnik brytyjskich żołnierzy poległych podczas I wojny światowej) i szukamy miejsca na zasłużony posiłek.

   Naszym lokalnym przewodnikiem jest człowiek doskonale obeznany z tutejszymi realiami, który sugeruje skorzystanie z otwartego bufetu w restauracji Gulati na terenie zbudowanej przez Brytyjczyków nowej części miasta (New Delhi), tuż przy India Gate. Jego sugestia okazuje się jak najbardziej trafna; zakład oferuje duży wybór typowo indyjskich dań w niewygórowanej cenie 560 rupii, czyli około 11 amerykańskich dolarów. Potrawy jak: aloo gobhi masala, tahiri, tandoori roti, basmati, navaratan khorma, hosht khorma, magaz masala, shahi paneer i murgh makhani wprowadzają nas stopniowo w fantastyczny świat smaków i zapachów jednej z najbardziej wyszukanych kuchni świata. Brama Indii w New Delhi

Tuż obok Gulati wyszukaliśmy maleńką pocztę, kupujemy więc na zapas znaczki, kilka suwenirów i... wyjeżdżamy z zatłoczonego już o tej porze miasta. Za oknami pełen azjatycki, przebarwny folklor; sklepy, rozłożone na poboczu drogi kramiki, tłumy zaaferowanych biznesem ludzi.... Oni tędy podróżują, tutaj handlują, myją się, jedzą i... sikają po przydrożnych murkach. Dla nieprzyzwyczajonego oka jest to obraz lekko przytłaczający, fotografik natomiast odnajdzie tematy, o które coraz trudniej na naszej planecie; powozy ciągnięte przez wielbłądy, święte krowy przeciskające się pośród riksz, święci mężowie sadhu, barwne kapliczki bóstw...  Jest brudno, bardzo brudno, ale koloryt indyjskiej ulicy nie ma sobie równych w świecie. No może w sąsiednim Pakistanie i Bangladeszu napotkamy na podobne obrazy.  Ruch uliczny w indyjskim stylu

 Dystans oddzielający Delhi od Agry to zaledwie 200 kilometrów, ale monstrualny tłok na drogach sprawia, że do celu docieramy dopiero po pięciu godzinach. Nasz hotel na kolejne dwie noce, Howard Park Plaza, jest świetny, znakomicie zlokalizowany w schludnej dzielnicy przy Fatehabad Road, aby jutro stać się punktem wypadowym do Taj Mahal, bez wątpienia najpiękniejszego budynku świata.

LEGENDARNE MAUZOLEUM TADŻ MAHAL

 Zbudziliśmy się bardzo wcześnie, prawdopodobnie dlatego, że każdy z nas podświadomie myślał o spotkaniu z jednym z siedmiu cudów świata - mauzoleum Tadż Mahal, zaliczonym do zabytków Światowego Dziedzictwa UNESCO.  Śniadanie w naszym hotelu jest wyborne, duży wybór indyjskich potraw a także typowy, europejski zestaw powoduje, że z uśmiechem wychodzimy na zewnątrz, aby w balsamicznych temperaturach rzędu 16 stopni Celsjusza przygotować się na tak długo oczekiwaną wizytę. Szczerze powiedziawszy czeka nas najważniejszy punkt programu całej indyjskiej trasy.  Tadż Mahal o poranku

   Jedziemy autokarem kilkanaście zaledwie minut do parkingu, następnie elektrycznie napędzanym (ochrona środowiska!) shuttle bus pod zabytek i niecierpliwie wchodzimy. Przed nami roztacza się widok na wspaniałą bramę wiodącą z kierunku południowego do samego Tadż Mahalu. Ta jedna brama sama w sobie jest już wielkim dziełem sztuki. Nasz lokalny przewodnik, dr Atun, udziela obszernych informacji na temat powstania mauzoleum, które stało się obowiązkowym celem na mapie każdego szanującego się obieżyświata. Cesarz Szachdżahan, wnuk Akbara Wielkiego, był zapamiętałym budowniczym. Wzniósł wspomniany już Czerwony Fort i Meczet Piątkowy w Delhi, jednak światową sławę przyniosło mu wystawienie grobowca dla swojej ukochanej, zmarłej w połogu żony: Ardżunanda Banu Begam Mumtaz Mahal. To chyba najwytworniejsze mauzoleum na świecie wznoszono w latach 1631-1653. Dwudziestoma tysiącami płatnych robotników kierował perski architekt Ustad Ahmed z Lahore, główna kopuła była zaś dziełem Ismaila Khana pochodzącego z Turcji. Na liście budowniczych nie brakuje też nazwisk europejskich artystów i rzemieślników.Kaligraficzny wzór na bramie

 

Z mrocznego wnętrza bramy roztacza się niezapomniana, znana każdemu podróżnikowi panorama obiektu, odbijającego się w spokojnej wodzie „lotosowego stawu”. Świeci słońce, robi się cieplej, około 20 stopni Celsjusza - idealna pogoda dla europejskiego turysty.

  Mało kto zwraca dzisiaj uwagę na fakt, że ze swojego architektonicznego założenia grobowiec Mumtaz usytuowany jest w wielkim, wielokondygnacyjnym, zasilanym przez rzeczną wodę ogrodzie, jak gdyby wyjętym z islamskiego raju. Otoczenie mauzoleum w czasach Mogołów prawdopodobnie wyglądało jeszcze bardziej okazale, tonęło w tysiącach kwiatów!

   Po całych seriach zdjęć wykonanych jak w amoku spod bramy, znad brzegów sadzawki, spomiędzy drzew i z bocznych dziedzińców podchodzimy nareszcie bliżej. Z tej perspektywy widać, że olśniewająco biały marmur jest zdobiony kolorowymi ornamentami, kunsztownie inkrustowany szlachetnymi i półszlachetnymi kamieniami. Jako geolog rozpoznaję turkusy, lapis lazuli, malachity, karneole, korale i żółty kwarc. Z tych kamieni misternie ułożone są figury przedstawiające tulipany, narcyze, lilie, irysy, maki i chryzantemy, wzory geometryczne i kaligraficzne teksty z koranu. Przed bramą wejściową do Tadż Mahalu

   Tadż Mahal nie mieści się w kategorii opisu, ten światowej klasy zabytek trzeba po prostu zobaczyć! Słów brakuje. Genialne dzieło perskich - i nie tylko - architektów umyka bowiem wszelkim ramom będąc określanym jako modlitwa, poezja, sen, wizja...  Grobowiec księżniczki Mumtaz przyczynił się jednak do upadku Szachdżahana. Jego syn, Aurangzeb, nigdy nie zaakceptował ogromnych sum (41 milionów rupii i 500 kg złota!) wydanych na wznoszenie gigantycznej budowli. Obalił ojca, uwięził go w Czerwonym Forcie i zawładnął Pawim Tronem w 1658 roku.

   Na terenie Tadż Mahalu spędzamy ponad 3 godziny rozkoszując się wręcz niebiańskim pięknem miejsca, perfekcyjną harmonią budowli i swoistą atmosferą. Przyjechaliśmy tutaj około 9 rano, kiedy było jeszcze stosunkowo niewiele turystów, ale w miarę upływu czasu zrobiło się tłoczno. Rada na przyszłość - im wcześniej tym lepiej.

 

 Kamień przepuszcza swiatlo 

Z mauzoleum Tadż Mahal jedziemy do sklepu z wyrobami rzemiosła artystycznego. Widzimy jak ręcznymi metodami, praktycznie niezmienionymi od czasów Szachdżahana, inkrustuje się krystaliczno biały marmur szlachetnymi kamieniami. Z zaciekawieniem przyglądamy się pracy lokalnych artystów, kształconych w kunszcie przez swoich dziadków i ojców, uczących się tajników rzemiosła z pokolenia na pokolenie.

Przejazd z Fatehpur Sikri do Dżajpuru

  Zaraz po smacznym śniadaniu pakujemy do autokaru bagaże i jedziemy do zbudowanego przez Akbara Wielkiego miasta Fatehpur Sikri.

  Według legendy, cesarz Akbar usłyszał z ust świętego męża Salima Czisztiego proroctwo, że doczeka się w końcu tak wyczekiwanego, męskiego potomka. Z radości postanowił ufundować zupełnie nowe, otoczone wysokim murem miasto z licznymi budowlami, które do dzisiaj olśniewają turystów z całego świata. Wprawdzie po kilkudziesięciu latach miasto zupełnie wymarło z banalnego i łatwego do przewidzenia niedostatku wody pitnej, jednakże zachowało się w tak doskonałym stanie, że uznane zostało przez UNESCO za zabytek światowego dziedzictwa. Nawiasem mówiąc, ochronę tego kompleksu zawdzięczamy przede wszystkim angielskiem lordowi Curzonowi. Bramy do meczetu Fatehpur Sikri

   Mury Fatehpur Sikri zaczęto wznosić w 1569 roku w odległości około 50 km na zachód od ówczesnej stolicy Agry w miejscu wioski, gdzie mieszkał sufi Salim Cziszti. Nazwa wioski Szukri została nadana jeszcze przez szacha Babura po kolejnym zwycięstwie nad Hindusami w tych okolicach. Szukri znaczy ofiara, fatehpur z kolei oznacza zwycięstwo, a konkretnie - dotyczące zdobycia prowincji Gudżarat przez cesarza Akbara. Nowiutkie miasto, po trwającej 12 lat budowie, było zamieszkane zaledwie przez 14 lat!

   Przez ogromne, zdobione bramy wchodzimy do wnętrza, gdzie zniewala nas ogrom i doskonała jakość budowli; pałaców, świątyń, grobowców, altan, filigranowo zdobionych dziedzińców... Są to co prawda ruiny, lecz najważniejszy fragment miasta pozostał doskonale zachowany: zarówno część rządowa jak i część ceremonialna, religijna.

   Tuż za bramą wejściową, podobnie jak widzieliśmy wczoraj w Czerwonym Forcie, znajduje się pawilon audiencji publicznych. Nieco dalej wznosi się niewielki, ale fantastycznie ozdobiony budynek audiencji prywatnych Diwan-i-Khas, z miejscem dla cesarza i 9 mędrców. Podczas spotkań na temat ważnych dla kraju decyzji, cesarz zasiadywał na obrotowym tronie w środku pawilonu, na pięterku, jego ministrowie zaś - po bokach.Filigranowy budynek audiencji prywatnych cesarza

   Obok Diwan-i-Khas stoi pałac nadwornego astrologa, niewielki co prawda, ale urzekający kamiennymi wspornikami i arkadami o falistym ksztacie. Przygladając się bliżej widzimy, jak owe wsporniki „wychodzą” z otwartych paszcz mitycznych krokodyli makara. Jest to piękny przykład przywiązania hinduskich twórców do tradycyjnej sztuki, przełamującej narzucone im przez islam obce, geometryczne formy. Sa to bodajże najdoskonalej wykonane wsporniki w całym kraju!

    Wychodząc na dziedziniec (Pachisi Court) obserwujemy coś w rodzaju szachownicy wyrytej w posadzce, gdzie kobiety z haremu, stojąc na podniesieniu kierowały ludźmi jak „żywymi szachami” podczas gry zwanej właśnie pachisi.

   Po drugiej stronie dziedzińca widnieje Khwagbgah, wcale nie tak okazała rezydencja, a właściwie sypialnia samego cesarza i jednocześnie pałace jego trzech żon. Każda z cesarskich wybranek pochodziła z innej grupy etnicznej. Jedna żona była muzułmanką (z Turcji), druga katoliczką (z Armenii), trzecia, ta najukochańsza - była hinduską. Pałac Turczynki posiada misternie rzeźbione panele we wnętrzu, z zaskakującymi jak na muzułmankę ornamentami w postaci sześcioramiennej gwiazdy, ponoć pradawnego islamskiego symbolu!? Pałac Hinduski - Miryam’s Palace - jest za to najokazalszy, z odrębną częścią na lato i na zimę.

   Trzeba tutaj napomknąć, że Akbar wstąpił na tron w wieku zaledwie 14 lat po tragicznym, zakończonym śmiercią upadku ze schodów swojego ojca Humajuna. Nikt nie rokowal mu powodzenia w rządach, a jednak. Nie umiejąc ani pisać ani czytać potrafił skutecznie i mądrze rządzić wielkim państwem przez długie 47 lat, wznosząc dziesiątki monumentalnych dzieł, krzewiąc kulturę i sztukę, budując nawet od podstaw całe miasto Fatehpur Sikri. Politycznie rozsądny dobór żon jest najlepszym przykładem stylu jego rządow. Akbar był co prawda muzułmaninem, ale w jego królestwie dobrze się czuli przedstawiciele wszystkich wyznań.Kolumny w meczecie Fatehpur Sikri

   Z sypialni cesarza wychodzimy ponownie na dziedziniec, oglądając sadzawkę Anoop Talao, gdzie na umiejscowionym w środku cokole odbywały się wieczorne koncerty, podczs gdy słuchacze siedzieli na stopniach na brzegu zbiornika. Ulubionym muzykiem na dworze Akbara był Tansen, o którym legendy niosą, że dźwiękiem fletu potrafił zapalać świece.

   Ponad zabudowaniami Fatehpur Sikri wznosi się pieciokondygnacyjny pałac Pancz Mahal, z przestronnymi, otwartymi tarasami, na których podczas upalnych, letnich nocy zażywały wypoczynku nałożnice Akbara.

   Poza naszym zasięgiem pozostaje jednak filigranowy Meczet Perłowy, osobisty meczet władcy, który został wraz z graniczącym terenem objęty w posiadanie przez indyjską armię.

   Przez olbrzymią bramę przechodzimy do „religijnej” części miasta. Przed oczami ukazuje się nam rozległy dziedziniec największego w mieście meczetu z kolejną, jeszcze większą bramą Buland Darwaza z lewej strony i mauzoleum wspomnianego już mędrca Salima Czisztiego po prawej. Nieduży, lecz pięknie udekorowany budynek z krystalicznie białego marmuru, został wzniesiony na rozkaz samego Akbara Wielkiego ku czci równie wielkiego mędrca. Mauzoleum Czisztiego przyciąga do dzisiaj wielu pielgrzymów, jego rzeźbione w kamieniu, koronkowe ściany i strop wzbudzają niekłamany zachwyt nad umiejętnościami dawnych artystów.

   Po wizycie w Fatehpur Sikri kierujemy się już na dobre w stronę Radżastanu, kolejnego stanu ogromnej republiki Indii. Naszym celem jest Dżajpur, słynny z rezydencji wielkich maharadżów.

  Pomiędzy Agrą a Dżajpurem jest tylko 250 km ciekawej, stosunkowo dobrze utrzymanej drogi. Prawie na całym odcinku trwają prace końcowe wieńczące ambitny jak na Indie projekt dwupasmówki. Następnym razem powinniśmy juz korzystać z nowej drogi, a póki co - cieszymy oczy egzotycznymi, lokalnymi scenkami.Misternie rzeźbione wsporniki

   Przed Dżajpurem dostrzegamy na niebie tysiące latawców - to pozostałość ukończonego kilka dni temu festiwalu. O zmierzchu docieramy do miasta, gdzie na miejsce noclegowe wybrałem ni mniej ni więcej tylko najprawdziwszy pałac maharadży, zamieniony na jeden z najciekawszych „hoteli” jaki można sobie wyobrazić w Radżastanie. Główny budynek nie imponuje wielkością, ale wystrój wnętrza rzuca po prostu na kolana. Pamiątki z ubiegłego stulecia, łby tygrysów i panter na ścianach, kolekcja broni, zdjęcia prominentów, w tym księcia Edynburga, lorda Mountbattena i.... Nikity Chruszczowa, których maharadża gościł. Z jutrzejszych, porannych gazet dowiemy się też, że w mieście przebywa na wakacjach Julia Roberts z mężem i dziećmi, mieszkając w hotelu Raja Vilas na obrzeżach Dżajpuru.

   To nie koniec wrażeń na dzisiejszy wieczor, o ósmej jedziemy na pokaz folklorystycznych tańców do jednej z miejscowych restauracji. Na urokliwym dziedzińcu jednej z restauracji, obok rozpalonego w żeliwnym kotle ogniska, siedzi już trójka muzyków. Do wyznaczanego przez nich rytmu tańczą dwie kobiety. Ubrane w typowe radżastanskie stroje, wdzięcznymi ruchami okręcają się wokół osi, układając ręce i dłonie w wiele mówiące mudry. Szczytem popisu jest taniec z pięcioma dzbanami utrzymywanymi bezbłędnie na samym czubku głowy. Ten efektowny pokaz znakomicie zakończył dzisiejszy, znowu pełen wrażeń dzień. Jutro... wyjazd na słoniach do fortu maharadżów Amberu!

Radżastan Wielkich Maharadżów

   Po smakowitym śniadaniu w naszym uroczym pałacu-hotelu, korzystając z dziennego światła, podziwiamy raz jeszcze obrazy na ścianach ukazujące życie maharadżów w dawnych czasach. Mieszkamy co prawda w Dżajpurze, najważniejszym mieście Radżastanu, ale spotkanie z najwspanialszymi zabytkami okolicy zaczniemy od wizyty w pobliskiej miejscowości Amber, które przez wieki całe było stolicą księstwa. Pałac Wiatrów w Dżajpurze

   Wjeżdżamy w zabytkowe, pokryte różową farbą mury obronne Dżajpuru. Ten specyficzny kolor fasad (miasto znane jest powszechnie jako Pink City) pochodzi z czasów, kiedy władca postanowił odnowić i pomalować ściany - tzn. pokryć brud - w oczekiwaniu na zapowiedzianą wizytę ważnego angielskiego księcia. Zaczynamy od krótkiego postoju przed wspaniałym, unikalnym Pałacem Wiatrów Hawa Mahal zbudowanym w 1799 roku przez maharadżę Sawai Pratap Singha. Jest to pięciopiętrowa, szalenie ozdobna ściana o szerokości zaledwie jednego pomieszczenia. Pałac służył za „okno na świat” dla dobrze wychowanych kobiet z haremu maharadży. Przez koronkowe okna mogły one bowiem oglądać zamknięte dla nich, codzienne - a przecież jakże ciekawe - obrazy tętniącego życiem miasta.

   Po niecałych 30 minutach jazdy przejeżdżamy wzdłuż jeziora, na środku którego pomysłowo usytuowano letni pałac maharadży. Chłód od wody na pewno dostarczał ukojenia w upalne dni lata.

  Stąd widać już kilometry obronnych murów Fortu Amber ciągnących się na szczytach gór. Stajemy u podnóża zbocza i wsiadamy dwójkami na słonie, aby w lektyce odbyć fascynującą podróż do pałacu maharadży, w obrębie potężnej warowni.

   Na grzbiecie słonia lekko kołysze, obok biegają uliczni sprzedawcy oferujący obrazki na papierze ryżowym i oryginalne czapki maharadży. Takie oryginalne nakrycie głowy wzbudziło moje zainteresowanie i za jedyne dwa amerykańskie dolary  uszlachetniam sobie oblicze do fotografii. Urocza hinduska prosząca o wykonanie sobie pamiątkowego zdjęcia z Ali Babą z Lechistanu utwierdza mnie w słuszności tego zakupu. 

Pałac Luster   Leżące w górskiej dolinie miasto Amber było stolicą Radżastanu od XV do XVII wieku. Wtedy to wzniesiono gigantyczne fortyfikacje, które odsłaniają się przed naszym wzrokiem: masywne, żółte mury, wieże i bramy. Miarowym taktem wyjeżdzamy w końcu na dziedziniec obrzeżony ozdobnymi bramami, świątyniami i pawilonami pałacowymi. Zwiedzanie Fortu Amber zaczynamy od świątyni bogini Durga. Przez pokryte płaskorzeźbami drzwi okryte grubą srebrną blachą wchodzimy do wnętrza. Z szacunku dla bóstwa musimy zdjąć buty, skarpety i skórzane pasy (gdyż pochodzą od zabitych zwierząt). Po chwili zadumy nad wizerunkiem bogini przechodzimy na wyższe poziomy pałacu, do sali audiencyjnych i pomieszczeń mieszkalnych maharadży oraz jego żon. Jednym z najciekawszych architektonicznie obiektów jest tutaj Szisz Mahal - Pałac Luster - z początku XVII wieku, z wprawionymi zwierciadłami potęgującymi efekt ozdobności. Mozaiki, malowidła i reliefowe dekoracje w marmurze i stiuku wyobrażają głównie wazony z kwiatami. Poza typowymi dla islamu wzorami roślinnym i geometrycznymi są tu również specyficzne dla hinduizmu wizerunki zwierząt i sceny z ludźmi, jak na przykład obrazki z kamasutry wewnątrz haremu. Dużym zainteresowaniem cieszy się pomieszczenie, gdzie nadobne niewiasty z cesarskiego dworu oddawaly się erotycznym igraszkom. 

   Pora na powrót, jedziemy pół godziny do Dżajpuru, żeby zjeść obiad w znanej ze świetnych dań restauracji na terenie Pałacu Maharadży (City Palace). Tam oczekuje nas artysta w regionalnym stroju. Śpiewa przejmująco, a do taktu, pośród stolików pląsa w tańcu młody mężczyzna. Wzmocnieni posiłkiem spacerujemy po sąsiednich dziedzińcach, odwiedzając zamienione na muzeum pomieszczenia. Imponuje sala tronowa, muzeum broni, wystawa starych fotografii, obrazów i strojów ludzi z dworu. W pawilonie Diwan-i-Khas oglądamy największe na świecie przedmioty wykonane ze srebra: wazony w których maharadża Madho Singh II wiózł wodę ze świętego Gangesu podczas wizyty w Anglii w 1901 roku. Władca wyraźnie nie ufał jakości wody znad Tamizy! Nad całym kompleksem pałacowych budowli wznosi się Chandra Mahal, zamknięty dla turystow, właściwy pałac władcy, który mieszka tam do dzisiaj. Siedem pięter tego okazałego budynku posiada bogate zdobienia, a wnętrze przygotowane jest należycie na przyjęcie najznakomitszych tego świata.Jeden z instrumentów astronomicznego obserwatorium

   Jak gdyby tego jeszcze było mało, do zespolu pałacowego przylega wspaniałe obserwatorium astronomiczne Dżantar Mantar. Zbudowane ono zostało przez maharadżę Dżaj Singh w latach 1728-1734. Władca wykształcił się na wybitnego matematyka i astronoma biorąc przykład ze słynnego króla Samarkandy Mirzy Ulugh-Bega. Pod gołym niebem wybudował 16 obiektów służących m.in. do obserwacji słońca, gwiezdnych konstelacji i pomiaru czasu. To on właśnie przeniósł w 1728 roku stolicę księstwa z Amberu do Dżajpuru, jego to imieniem nazwano nowe miasto. Dla wprawy i dla żartów (panuje przecież biały dzień) szukamy jeszcze Gwiazdy Polarnej i lekko podmęczeni rosnącym skwarem (100F) wychodzimy na zewnątrz.

W stronę Ladakhu

  Z dala od udeptanych przez turystów, popularnych szlaków biegnących przez Indie, skryta przed światem za barierą Wysokich Himalajów, tętni własnym życiem fascynująca kraina - Ladakh.

   Ladakh, "Mały Tybet", jest położony na zachodnm krańcu Wyżyny Tebetańskiej, odgrodzony himalajską barierą od chmur niosących z południa monsunowe deszcze. Notuje się tutaj zaledwie kilka centymetrów opadów rocznie i w związku z tym dominuje krajobraz niemal księżycowy; nagie, pozbawione roślinności, szarobrunatne, rdzawe, żółte i zielonkawe skalne zbocza ukoronowane ośnieżonymi szczytami. Plamy soczystej zieleni cieszą oczy jedynie w wąskich dolinach rzek niosących wodę z topniejących lodowców. Ladakh to kolejny rozdział piękna azjatyckiego kontynentu, jego bogatej kolorystyki. Ladakh wita

   Lądujemy w mieście Leh, stolicy Ladakhu, położonym na niebagatelnej wysokości 3,554 metrów nad poziomem morza. Stare miasto Leh - domy arystokracji i służby królewskiej rodziny - znajdują się u podnóża wzgórza Tsenmo. Jego zabudowa, świątynie i królewski pałac wznoszący się na wzgórzu ponad miastem utrzymane są w stylu tybetańskim. Charakteryzują je zbiegające się ku górze białe ściany, prostokątne, wąskie okna, płaskie dachy z ułożonymi na krawędziach zapasami drew za zimę i trzepoczące na wietrze modlitewne chorągiewki na narożach.

   Wiele tajemnic kryją stare klasztory nad górnym Indusem: w Tikse, Spitok, Phyang, Sankar... Ogromne biblioteki zawierają "Kandżur" - lamajską biblię w stu i ośmiu tomach (każdy liczy ponad tysiąc stron) oraz jej interpretację i komentarz - "Tandżur", w tomach dwustu dwudziestu pięciu. Jest tutaj również "Tybetańska Księga Umarłych"- opis i jednocześnie instrukcja dla umysłu-duszy jak należy postępować i co się dzieje od chwili opuszczenia ciała zmarłego do momentu ponownego wniknięcia w nową, żywą istotę. W XIII-wiecznym klasztorze Hemis przechowywany jest - jak głosi legenda - przekład palijskiego manuskryptu, w którym wspomina się o Chrystusie nauczającym w latach swojej młodości właśnie w Leh, podczas powrotnej drogi z Tybetu !?!

   Zwiedzamy klasztory słuchając opowieści przewodnika o regionalnych wydarzeniach, ściągających tłumy wiernych z okolicy. Niezwykłe to chwile, kiedy lamowie w świątyni Lamayuru Gompa przez trzy tygodnie recytują święte teksty Kandżuru, kiedy dziesiątego i jedenastego dnia piątego tybetańskiego miesiąca w hemis Gompa odbywają się rytualne tańce lamajskie, przedstawiające m.in, sceny z życia Padmasambhawy, wielkiego jogina, który w VIII wieku po Chrystusie wprowadził do Tybetu buddyzm z Indii. Architektura Tybetu

   W Tikse i w Shey mieszkają Wyrocznie. Każdego roku, w święto sierpniowych żniw, wyrocznia z Shey (człowiek świecki) po odbyciu kilkudniowych modłów, objeżdża konno okoliczne wioski przepowiadając przyszłość. Dużym autorytetem cieszy się również wyrocznia w Tikse; poza przepowiadaniem, przyrządza bowiem uzdrawiające lekarstwa dla ludzi i zwierząt.

   Niepostrzeżenie poddajemy się długim opowieściom o historii, tradycjach, wierzeniach i obyczajach ostatniej zachowanej Krainy Shangri La na Ziemi - miejsca doskonałego odosobnienia.

   Obecnie można łatwo wjechać do Ladakhu dzięki wygodnym połączeniom lotniczym zarówno ze Srinagaru w Kaszmirze jak i z New Delhi, stolicy Indii. Pamiętam, kiedy latem 1985 roku dotarłem do Leh fragmentem odwiecznego szlaku karawanowego Azji Centralnej, prowadzącego z Indii i Persji do Turkiestanu i Tybetu. Pokonanie 434-kilometrowej drogi ze Srinagaru zajęło nam (prowadziłem wtedy grupę studentów z krakowskiego Almaturu) pełne dwa dni z noclegiem w oazie Kargil. W przytulnym karawanseraju napotkaliśmy kupca Hadżi Tokta Neyaz, który z rozrzewnieniem wspominał, jak jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej, na pobliskiej przełęczy Zoji La (3,529 m) spotykały się karawany mongolskie, chińskie, tybetańskie i turkiestańskie z Kaszmirczykami, Indusami i nielicznymi Europejczykami.

Kamienie z mantrami i chorągwie modlitewne

Na bazarze w Leh wymieniano wtedy złoto, turkusy, korale, przyprawy i herbatę a także piżmo i indygo, jedwabie, brokaty, przyprawy i lecznicze zioła. Zmiany polityczne i nagłe zamknięcie granicy z Chinami w 1949 roku odsunęły Ladakh na boczny tor historii, może i dobrze...Wszyscy wiemy, jak chińska armia brutalnie zniszczyła tybetański naród i jego unikalną kulturę poczynając od napadu na Chamdo jesienią 1950 roku. Na szczęście dla nas, zachodnia część Tybetu (w tym Ladakh) pozostała pod panowaniem administracji indyjskiej, co uchroniło ją przed totalnym zniszczeniem.

   Powracam tam z grupą już w listopadzie, pełen ciekawości zmian, jakie na pewno nastąpiły w międzyczasie. Obiecuję solidne raporty z tej jakże egzotycznej "podróży do wspomnień"

Ostatni dzień w stolicy Indii

   Dzisiaj śpimy i odpoczywamy do oporu, bowiem, kiedy wyruszymy na dalsze zwiedzanie Delhi, będziemy jeszcze mieć przed sobą 12 godzin na nogach, a potem... blisko 16 godzin lotu do Chicago! Ponad Delhi wstaje słoneczny poranek, sprawdzamy wpisy na fejsbuku, emajle (darmowy internet), jemy pyszne jak zawsze w Indiach śniadanie i punktualnie w południe, z bagażami wchodzimy do czekającego już przed bramą naszego autokaru, z tym samym sikhijskim kierowcą co tydzień temu.

   Zwiedzanie zaczynamy od Lotus Temple, czyli świątyni Bahai, zbudowanej w 1986 roku w oryginalnym kształcie zamkniętego kwiatu lotosu. Potem przejeżdżamy do pozostałości Obserwatorium Astronomicznego Jantar Mantar, doskonale zachowanych w centrum miasta Delhi! Jest to piętnaście fascynująych formą obiektów z lat 1723 - 1724 wzniesionych przez Jai Singha, maharadżę z Dżajpuru. Oglądamy jeszcze Bramę Indii, grobowiec Gandhi, aby w końcu... ponownie trafić (bo to "po drodze") do ruin meczetu Kuwwat w południowej części miasta. Tym razem mamy więcej wolnego casu, i na spokojnie uzupełniamy fotograficzne ujęcia wczesnośredniowiecznych zabytków; ozdobny minaret Qutb oraz żelazna kolumna króla Aśioki, która NIEZARDZEWIAŁA DO TERAZ ! Korek uliczny

   Na lunch zatrzymujemy się w znanej już nam sprzed tygodnia restauracji Gulati. Wybór dań jest ogromny, każdy z nas już posiada swoje preferencje, stół zapełnia się więc kolorowym zestawem egzotycznie pachnących i rewelacyjnie prezentujących się posiłków, podanych w miskach, dzbanach, kotłach, glinianych wazonach... jak kto woli. 

   Ostatnie dwie godziny naszego pobytu w Indiach spędzamy na popularnym bazarze wzdłuż bulwaru Janpath. Oglądamy bogato zaopatrzone stragany ciągnące się blisko kilometr od hotelu Janpath. Można tu kupić biżuterię, buty, ubrania, bieliznę, rzeźby w metalu i w drewnie, tybetańskie malowidła... słowem wszystko czego oczekuje spragniony egzotycznych pamiątek turysta.

  O godzinie 8 wieczorem odjeżdżamy z Janpath, po 40 minutach wygodnej jazdy, już bez ulicznych korków, jesteśmy na lotnisku imienia Indiry Gandhi w New Delhi. American Airlines posiada swoje własne stanowisko odprawy biletowo-paszportowej, przez co czujemy się już jak u siebie w domu. Sprawna odprawa, na obszernej hali, pośród bogato zaopatrzonych sklepów wolnocłowych, oczekujemy na odlot. Zanim jednak wejdziemy do samolotu musimy jeszcze przejść przez dwie, trwające "wieki całe", dokładne rewizje, wszystko - oczywiście - dzieje się dla naszego bezpieczeństwa. Ruiny starego meczetu

   Ciągle nie mogę pojąć, dlaczego Amerykańska Federacja Lotnictwa Cywilnego FAA zakwalifikowała New Delhi jako jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk świata. Absurdalność takiego ostrzeżenia nie wytrzymuje krytyki z rzeczywistością; tutaj jest znacznie dokładniejsza kontrola graniczna niż np. w Chicago. Pewnie znowu chodzi o brudną politykę!

   Startujemy zgodnie z planem, punktualnie o godzinie 0:45 po północy. Czeka nas duża niespodzianka, zwłaszcza dla zagorzałych podróżników. W odróżnieniu od dolotu, tym razem kapitan samolotu planuje powrót ponad Biegunem Północnym -  CO ZA FRAJDA! Począwszy od wlotu na terytorium zachodniej Syberii śledzimy dokładnie trajektorię na pokładowych ekranach. Podniecenie sięga szczytu kiedy od bieguna dzieli nas odległość rzędu sławetnego „rzutu beretem”. Szkoda tylko, że na pokładzie nie mamy szampana ani okolicznościowych dyplomów.

  O godzinie 22:45 chicagowskiego czasu, na wysokosci 10 668 metrow (35 tys. stóp) nad poziomem Oceanu Arktycznego, 6 godzin i 30 minut przed lądowaniem, przy zewnętrznej temperaturze minus 65 stopni Celsjusza, wznieślismy mimo wszystko uroczysty toast! Wtedy bowiem znajdowaliśmy się niemal dokładnie ponad Biegunem Północnym Matki Ziemi! Czerwone, wytrawne wino Cabernet Sauvignon smakowało jak nigdy dotąd.

   Tutaj musi nastąpić pewne wyjaśnienie: wylecieliśmy z Delhi w sobotę, przylecimy do Chicago też w sobotę, ale z racji kulistości Ziemi i lotu ponad biegunem dane nam było przeżyc piątek dwukrotnie. Na biegunach spotykają się wszystkie strefy czasowe ziemskiego globu, czas lokalny praktycznie nie istnieje, na zasadzie umowy zależy on bowiem od odniesienia względem miejsca na planecie skąd wyjechaliśmy lub dokąd przylecimy. Mało tego, na biegunie nie ma kierunków świata! Wschód jest wszędzie, zachód też, a kierunek północny - tak naprawdę - jako zenit pozostaje kosmicznie precyzyjnie dokładnie ponad nami, w stronę Gwiazdy Polarnej. Lot ponad biegunem to nieprawdopodobne przeżycie zarówno geograficzne, jak i matematyczno-filozoficzne. 

   Spozieram za okno; z obu stron dominuje czerń arktycznej nocy, szukam zorzy polarnej. Gdyby sie pojawiła, jaśniała by szmaragdową wstęgą dookoła nas, jak świetlista aureola. Ale widać aktywność słońca w ostatnich dniach była niewielka. Rozmawiam z pilotem na temat nawigacji. Jakim cudem prowadzi nas bezbłędnie w stronę Chicago, skoro kompasy tracą orientację począwszy od 82 stopnia szerokości geograficznej? Okazuje się, że stosuje system siatek wymyślonych w latach 20.tych przez alaskańskiego pilota Eielsona, specjalizującego się w lotach do Arktyki. A obecnie  mamy dodatkowo do dyspozycji jeszcze GPS!Świątynia Lotosu w Delhi

   Przed nami nadal pozostaje kilka długich godzin lotu ponad arktyczną Kanadą; Wyspami Królowej Elżbiety, Ziemią Baffina i Zatoką Hudsona. Układamy się więc ponownie do zasłużonego snu. Na zewnątrz przez cały czas panuje mrok, wskutek czego Jego Wysokość Morfeusz bez trudu obejmuje nas swoimi opiekuńczymi dłońmi. Wschód słońca zobaczymy dopiero na chicagowskim lotnisku O’Hare, kończąc - niestety - naszą azjatycką podróż. Powrotny lot ponad Biegunem Północnym z Delhi do Chicago trwał rekordowe dla mnie 15 godzin i 40 minut. 

 

Tekst i zdjęcia:

Andrzej Kulka. Autor jest zawodowym przewodnikiem i właścicielem chicagowskiego biura podróży EXOTICA TRAVEL, organizującego wycieczki po całym świecie, z Indiami włącznie, od 4 do 11 listopada 2023 roku. Bliższe informacje i rezerwacje: EXOTICA TRAVEL, 6741 W. Belmont, Chicago IL 60634, tel. (773) 237 7788, strona internetowa: https://andrzejkulka.com/destinations/indie-zloty-trojkat-malediwy/

 

Kategoria: Podróże > Podróże z Andrzejem Kulką

Data publikacji: 2023-12-26

Baner
Ogłoszenia/classifieds
Ogłoszenia Zobacz ogłoszenia >>
Baner
Baner
Baner
Baner
Plus Festiwal

Podoba Ci się nasza strona?
Polub nasz profil na Facebooku.